U źródeł wody życia

Boże Narodzenie PDF Drukuj Email

 

Wigilijna noc

*********************************************************************************************************************

Betlejem-Pole Pasterzy-Kościół pasterzy Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Powiła swego pierworodnego Syna, owinęła go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nad swoją trzodą. Wtem stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska ich zewsząd oświeciła, tak, że się bardzo przestraszali. I anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu; dziś, bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan”.  (Łk 2, 3- 11)

*********************************************************************************************************************

O Bożym Narodzeniu powstało wiele pięknych legend. Oto jedna z nich, którą opowiada Selma Lagerlof. Przez półpustynne pastwiska wędruje starszy mężczyzna. Szuka ognia, aby rozpalić ognisko i ogrzać Matkę wraz z Dziecięciem złożonym w skalnej grocie. Z dala spostrzegł płonące ognisko, dookoła którego spały owce, a obok czuwał pasterz. Wielkie psy, pilnujące stada zerwały się i chciały szczekać, ale nie mogły wydać głosu. Rzuciły się na starca, ale nie mogły wyrządzić mu krzywdy. Starzec stąpając po owcach przyszedł do ognia. Nieuprzejmy pasterz rzucił w niego kijem, ale kij przeszedł obok. Zezwolił jednak wziąć ogień, sądząc, że i tak nie weźmie, bo nie ma ani naczynia, ani płonącej głowni. Ale starzec wybrał rękami kilka węgli i włożył do kieszeni płaszcza, a one go nie parzyły ani nie paliły. Co za dziwna noc? Zapytał siebie zdziwiony pasterz. Psy nie gryzą obcego, owce się nie budzą, kij nie uderza a ogień nie parzy. Zaciekawiony poszedł za nieznajomym i przekonał się, że on nie miał nawet nędznej chaty a uboga Matka i Dziecię znajdują się w zimnej skalnej grocie. I choć sam był człowiekiem twardego serca, na widok takiej nędzy wzruszył się i ofiarował skórę jagnięcia. Ale zaledwie spełnił szlachetny czyn ujrzał to, czego nie widział i nie słyszał wcześniej. Ujrzał chóry aniołów, śpiewających cudowną pieśń o Zbawicielu, który narodził się tej nocy. I zrozumiał tajemnicę tej cudownej nocy, dobroć zwierząt i radość wszelkiego stworzenia.
 

Na skrzydłach poezji Mariana Grabowskiego powracam do miejsca, w którym atmosfera tej legendy nabiera realnych kształtów.
„Olśnione drzewa stalowym szronem
Lekkuchnym wiatrem muskana w lot;
Czyjeś myśli jak łańcuchów splot
Alejami biegną cichym dzwonem

Płynie czas; myśl spłynęła przedtem,
Kolędą słów z ust. frunęła w noc;
Dom rodzinny łączy świętą noc,
Opłatek kruszy się półszeptem.

Wieczyste: Gloria! brzmi akordem,
Rwie się z duszy jak płomyka trzask;
Łzy na twarz wkradają się jak blask,
Gdy łkanie zwarło się z akordem 
 

Tym miejscem jest rodzinny dom, który pozostanie na zawsze ten sam, niezależnie od upływu czasu i zmiany miejsca zamieszkania. To tam dopełnia się realnością jedna z najpiękniejszych legend Bożego Narodzenia. Już jest Wigilia. Białymi drogami, wśród świerków uginających się pod ciężarem śniegu wędruję do rodzinnego domu. Zapada zmrok. Naokoło cisza. Z kominów unosi się dym, a w oknach żarzy się przyjazny blask. Otwieram skrzypiące drzwi i zastaję wszystko tak jak było za najpiękniejszych lat. Pachnie żywicą i potrawami, które Mama przyrządza na wigilijny stół. Zapachów wiele, bo potraw nie może być mniej jak dwanaście. Wraz z rodzeństwem wieszam ostatnie ozdoby choinkowe. Wigilia jest najodpowiedniejszym dniem strojenia choinki. Choinka pachnie wtedy najintensywniej. Tata wnosi snop słomy i wiązkę siana. Słomą zaścieli się podłogę w całym domu, siano znajdzie się pod stołem i pod obrusem na stole. Zapachniało stajenką. A tym czasem noc rozsypuje pierwsze gwiazdy na niebie. Czas zasiąść do stołu. Nam dzieciom najradośniej, nawet puste miejsce przy stole nie kojarzy się z tym, że kiedyś ktoś je zajmował, a dzisiaj go nie ma wśród nas. Odświętni, nabożni stoimy przy stole, nakrytym śnieżno białym obrusem. Pierwsze myśli kierujemy ku Bogu, a później z białym opłatkiem w ręku idziemy ku sobie. A małe dzieciątko Jezus wyciąga nad nami rękę, aby nam błogosławić. Dokonuje się cudowna komunia jedności z Bogiem i miedzy nami. Beztrosko ucztujemy, tylko Mama uwija się przy stole przynosząc coraz to pyszniejsze potrawy. W ten szczególny wieczór nie można zapomnieć o zwierzętach. Po skończonej wieczerzy Tata idzie do obory, aby obdzielić opłatkiem inwentarz. Wraz z rodzeństwem idę także i ja, jako że tej nocy zwierzęta mówią ludzkim głosem. Warto posłuchać jak brzmi ich gadanie. Nigdy jednak nie udało się nam podsłuchać gadającej krowy, ale wierzyliśmy, że następnym razem będzie lepiej. Wszystko w ten wieczór jest tajemnicze, nadzwyczajne i brzmi jak przepiękna baśń. I ta szopka w parafialnym kościele, która oglądamy przed pasterką, jakby z innego świata. Czy to prawda, czy to możliwe, że coś tak wzniosłego mogło się zdarzyć na Ziemi?
 

Śpiewamy wraz z całym kościołem rzewne kolędy. Następnie ksiądz wychodzi na ambonę i czyta Ewangelię o narodzeniu Jezusa: „W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta....” Po czym padają konkretne daty. W sześćdziesiątym piątym tygodniu według proroctwa Daniela, w sto dziewięćdziesiątej czwartej olimpiadzie- według kalendarza greckiego, w 752 po założeniu miasta Rzymu, w 42 roku panowania Oktawiana Augusta, cesarza rzymskiego, narodził się Jezus Chrystus. Ta piękna baśń jest osadzona w konkretnej rzeczywistości. Nie jest to, zatem baśń, ale rzeczywistość, która brzmi tak cudownie.
Aby to wszystko dostrzec trzeba otworzyć się na Boga. A to otwarcie się przychodzi najczęściej wraz z otwarciem się na dobro. Tak jak to było w przypadku pasterza z legendy, którą przytoczyłem na wstępie tych rozważań. Wystarczył jeden dobry, czyn, aby dojrzeć cudowność tej jedynej i nie powtarzalnej nocy. A kto oczyma wiary potrafi zgłębić tajemnicę tego cudownego zdarzenia ten odnajdzie najpełniejszą radość i ona go wydźwignie nawet z najgłębszej rozpaczy.
 

Oto fragment wspomnień więźniarki Barbary z obozu hitlerowskiego w Sttuthofie. „Nikt nie pamiętał, że to akurat 24 grudzień. Bo dzień był naprawdę bardzo trudny, bardzo ciężki. Mróz trzymał od rana. Praca w kamieniu była jeszcze trudniejsza. Oblodzone, twarde trzeba było wyrywać ze zmarzniętej ziemi i kłaść koło baraków. Na obiad w zupie pływały zmarznięte robaki, kawa zupełnie zimna, a chleb zeschnięty w kłodę.
Apel wieczorny trwał dwie godziny. Skostniałe stopy zdawało się wrosną w ziemię. Sine ręce nie miały nawet siły ścisnąć się w pięść. Esesmani biegali z pejczami śpiesząc się, co chwila poganiali kogoś w szeregach, nie szczędząc razów. (...) Nadbiegł komendant. Kazał się rozejść. Niektórzy na placu nie mieli sił dowlec się do swoich baraków. Toteż paru od razu odniesiono na rewir. A może nawet do pieców... Obojętnie szliśmy do swoich kojców. Jeszcze próg, jeszcze uniesienie zbolałych, zdrętwiałych nóg i wreszcie prycza. Podnosimy koc, mokry, zimny, zbutwiały i... co to? Pod kocem maleńka gałązka świerku i kawałek kromki chleba! Obok kolega-profesor pokazuje takie same znalezione w koi, i obok... -Ludzie toż to dziś Wigilia! Toż to dziś Bóg się rodzi! Zdejmujemy po cichu chodaki, rozcieramy skostniałe stopy. Zbieramy gałązki świerku i kładziemy na ławie. Zapachniało domem. Ludzie, domem! Pogaszone światła nie pozwalają nam na oglądanie swoich twarzy, lecz blask z latarni budki strażnika, chociaż na chwilę oświetla nasze koje i wtedy każdy z nas widzi blask oczu towarzyszy. Trzymane w ręku okruchy chleba zdają się być białym delikatnym opłatkiem. Z nabożeństwem podajemy sobie na wzajem. Ktoś zaczyna „W żłobie leży”. Czy my potrafimy jeszcze śpiewać? Potrafimy. Po cichu, delikatnie, po ludzku...
 

Jednak jesteśmy ludźmi! W ten mroźny grudniowy, wigilijny wieczór ta gałązka jedliny i ten okruch świeżego chleba, położony nieznaną ręką współwięźnia, odkrył w nas człowieczeństwo. Odkrył serce, uczucie, łzy, iskierkę nadziei. Poniewierani, biczowani, skatowani ludzie nagle odkryli, że są ludźmi! Z wielu cierpiących serc popłynęła prawdziwie wielka kolęda nadziei: „Podnieś rękę Boże dziecię”.

*********************************************************************************************************************
Betlejemska radość

****************************************************************************************************

  W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym świecie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiriniusz. Podążali, więc wszyscy, aby dać się zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Powiła swego pierworodnego Syna, owinęła go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nad swoją trzodą. Wtem stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska ich zewsząd oświeciła, tak, że się bardzo przestraszali. I anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu; dziś, bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan”. (Łk 2, 1- 11)

*********************************************************************************************************************
Dopełnił się czas Adwentu. Rozgorzało niebo nad Betlejem, a aniołowie z niebieskiej wysokości głoszą pasterzom i każdemu z nas orędzie radości: „Oto zwiastuje wam radość wielką”. Jednak ta radość nie staje się automatycznie naszym udziałem, można pozostać smutnym w obliczu anielskiej wieści. Najlepszym przygotowaniem na przyjęcie tej radości jest szerokie otwarcie drzwi swego serca na wspaniały dar miłości, jakim było narodzenie Syna Bożego w betlejemskiej grocie. Przyjmując ten dar napełniamy się miłością bożą, która życzliwie wyciąga naszą rękę do bliźniego. Wyrazem tej życzliwości mogą być także prezenty bożonarodzeniowe, ale pod warunkiem, że są głęboko zakotwiczonej w tej miłości. Bez niej stają się tylko pustą formalnością, która nic nie wnosi w życie wewnętrzne człowieka, a czasami rozdyma postawę konsumpcyjną i sprawia, że człowiek patrzy na bliźniego przez pryzmat wartości materialnej prezentu. Lepszy jest ten, kto daje droższe prezenty. Do tego wykorzystywany jest nieraz św. Mikołaj, który nie ma nic wspólnego z takim darowaniem. 


Wspominam św. Mikołaja, bo był on w czasach mojego dzieciństwa zwiastunem zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Na początku Adwentu, 6 grudnia przebywał do naszych domów z prezentami. Nie był on podobny do dzisiejszego reklamowego pajaca z domu handlowego, z jego hałaśliwym ho, ho, ho. Święty Mikołaj z lat mojego dzieciństwa wprowadzał w atmosferę Bożego Narodzenia i był kontynuacją dobroczynnej działalności Mikołaja, który żył na początku czwartego wieku i był biskupem Miry w Azji Mniejszej. Bardzo owocnie otworzył się na przyjęcie radości, jaką zwiastowali aniołowie w Betlejem. I przyjmując ją stał się przedłużeniem dobroci bożej w świecie. W promieniach bożej miłości otwierał swoje dłonie na duchowe i materialne potrzeby bliźnich. Rozdał swoje majętności biednym. Unikał przy tym wszelkiego rozgłosu. I to on stał się inspiracją do wyrażania, poprzez prezent, życzliwości do bliźniego. Później, po wpływem tradycji protestanckiej, rozciągnięto obdarowywanie się prezentami na dzień Bożego Narodzenia, dla podkreślenia, że Bóg jest głównym dawcą, On daje nam swego Syna. Ale św. Mikołaj pozostał, jako znak, że każdy z nas może mieć udział w głoszeniu światu betlejemskiej radości poprzez słowo i czyn.
 

W różnych językach i na różny sposób opowiadana jest przepiękna historia małej dziewczynki Piccola, która czekała na prezent od świętego Mikołaja. Mieszkała razem ze swoją matką w bardzo ubogim domu. Nawet nie mogła marzyć o zabawkach takich jak lalki, czy inne kolorowe książeczki. Matka czuła się szczęśliwa, gdy miała cokolwiek wrzucić do garnka. Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia Piccola powiedziała do swojej matki: „Ciekawa jestem, co mi przyniesie święty Mikołaj. Ale nie mam nawet skarpetki, aby włożyć ją do kominka, do której św. Mikołaj wkłada prezenty, gdy odwiedza dzieci. Włożę zatem do kominka mój drewniany but, bo jestem pewna, że św. Mikołaj nie zapomni o mnie”. „Drogie dziecko”- odpowiada matka- „Nie masz, co o tym marzyć, bardzo bym była zadowolona, gdybyśmy mieli wystarczająco dosyć jedzenia na święta Bożego Narodzenia”.


Jednak mała Piccola nie traciła wiary i nadziei. Wstawiła swój drewniany but do kominka i położyła się do łóżka, marząc o prezencie, który przyniesie jej na pewno św. Mikołaj. Rano szybko pobiegła, aby sprawdzić co za prezent otrzymała. Z jej drewnianego bucika spoglądały na nią dwa czarne oczka. Mała jaskółka wleciała przez komin do kominka i schowała się w buciku Piccoli. „Patrz”- krzyczy mała dziewczynka do swojej mamy- „Św. Mikołaj przyniósł mi najwspanialszy prezent- maleńkiego ptaka”. Mała Piccola bardzo czule opiekowała się małą jaskółka przez całą zimę. A gdy przyszedł pierwszy wiosenny dzień, otwarła okno i wpuściła ptaka na wolność. A jaskółka usiadła nie pobliskiej gałęzi i śpiewała każdego dnia dla małej Piccoli i jej matki.
 

Różne nadzieje wiążemy z Bożym Narodzeniem. Jeśli towarzyszy tej nadziei wiara i ufność możemy być pewni, że spłynie na nas łaska betlejemskiej radości, i to może w takiej formie, jakiej się nie spodziewamy, tak jak w przypadku małej Piccoli. Lambert Noben w Orędziu z Groty Betlejemskiej, w poetycki sposób pisze o najważniejszym darze betlejemskiej nocy: „Narodziłem się nagi, mówi Bóg, abyś potrafił wyrzekać się samego siebie. Narodziłem się ubogi, abyś ty mógł uznać Mnie za jedyne bogactwo. Narodziłem się w stajni, abyś ty nauczył się uświęcać każde miejsce. Narodziłem się bezsilny, abyś ty nigdy się Mnie nie lękał. Narodziłem się z miłości, abyś ty nigdy nie zwątpił w moją miłość. Narodziłem się w nocy, abyś ty uwierzył, iż mogę rozjaśnić każdą rzeczywistość spowitą ciemnością. Narodziłem się w ludzkiej postaci mówi Bóg, abyś ty nigdy nie wstydził się być sobą. Narodziłem się jako człowiek, abyś ty mógł stać się „synem Bożym”. Narodziłem się prześladowany od początku, abyś ty nauczył się przyjmować wszelkie trudności. Narodziłem się w prostocie, abyś ty nie był wewnętrznie zagmatwany. Narodziłem się w twoim ludzkim życiu, mówi Bóg, aby wszystkich ludzi zaprowadzić do domu Ojca”.


W tę święta noc, w Betlejem spełniło się proroctwo Izajasza: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. Albowiem Dziecię się nam narodziło” (Iz 9, 1-3). Nad Betlejem rozbłysła światłość wielka, którą mogli dostrzec ci, którzy na to wydarzenie patrzyli bardziej oczyma wiary niż oczyma ciała. Najpierw oświeciła tych, którzy według miary ówczesnych czasów najmniej na to zasługiwali. Pasterzom, przerażonym nadzwyczajnością tej nocy anioł oznajmia: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu; dziś, bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan”.


Uradowani pasterze przekazują anielską wieść innym. I jest ona ciągle powtarzana, ponad dwa tysiące lat. Ile lat temu dotarła ona do nas? Szukając odpowiedzi na pytanie cofamy się daleko wstecz i odkrywamy urok pierwszych dziecinnych świąt Bożego Narodzenia. Pachnąca lasem choinka, świece płonące żywym płomieniem, łańcuchy wykonane z kolorowego papieru, anielskie włosy, bombki, stół z odrobiną siana pod białym obrusem, biały opłatek, kolędy, nasi rodzice, krewni, słoma na podłodze, śpiew kolęd. Te i inne obrazy tworzyły świat, w którym mieszała się rzeczywistość z baśnią. Był to był to cudowny świat. W tej scenerii docierała do nas radosna wieść o Mesjaszu, który narodził się w Betlejem.
Taki był początek naszej betlejemskiej przygody. A później, zachowując piękno pierwszych wspomnień zostaliśmy wezwani do odkrywania pokoju i radości w prawdzie, którą Noben wyraził słowami: „Narodziłem się w twoim ludzkim życiu, mówi Bóg, aby wszystkich ludzi zaprowadzić do domu Ojca” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej, Rok B). 
 

********************************************************************************************************************* 

Święty Dominik Savio

****************************************************************************************************

  Powiła swego pierworodnego Syna, owinęła go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nad swoją trzodą. Wtem stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska ich zewsząd oświeciła, tak, że się bardzo przestraszyli. I anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu; dziś, bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan”.  (Łk 2, 5- 11)

*********************************************************************************************************************

Jak senne marzenia powracają obrazy z lat dzieciństwa, a wśród nich mieniący się kolorami obraz betlejemskiej stajenki. Wyłaniający się z niej świat był jak najpiękniejsza baśń. Dzięki wierze rodziców ta baśń stawała się jak najbardziej realna. Rzeczywistość stajenki betlejemskiej była tak prawdziwa jak choinka w domu, jak wigilijny stół, przy którym zasiadaliśmy. Stawaliśmy się cząstką radosnego i pięknego świata, nad którym jaśniała betlejemska gwiazda i rozbrzmiewały anielskie chóry. Przychodził jednak czas, kiedy wyrastaliśmy nie tylko z dzieciństwa, ale również z takiego obrazu stajenki i zaczynaliśmy dorastać do wiary, której radosne spełnienie można odnaleźć tylko przy pustym grobie Chrystusa. W tym dorastaniu trzeba było nieraz wziąć na ramiona własny krzyż, który niesiony z Chrystusem prowadzi do radości zmartwychwstania. Na tej drodze towarzyszy nam Jezus, który także wyrósł ze żłóbka betlejemskiego i żąda od nas świadomej wiary. Nieraz droga od dziecinnej radości betlejemskiej nocy do wiary dojrzałej, mierzona latami, jest bardzo krótka, a czasami łączy się w jedno, tak jak to miało miejsce w życiu świętego Dominika Savio, który jest obecnie najmłodszym wśród świętych wyznawców.
 

Święty Dominik Savio przyszedł na świat 2 kwietnia 1842 roku w wiosce Riva di Chieri niedaleko Turynu. Ze względu na słabe zdrowie został ochrzczony w dniu urodzenia. W poszukiwaniu lepszych warunków życia rodzina Savio przeprowadziła się do Murialdo. Ojciec Świętego, Karol Savio był rzemieślnikiem, matka, Brygida - krawcową. Utrzymując się z pracy własnych rąk stworzyli dom, w którym panowała sprzyjająca atmosfera wzrostu w świętości ich syna Dominika. Pod troskliwym okiem bogobojnych rodziców Dominik bardzo szybko dojrzewał w wierze. Już w piątym roku życia służył do Mszy świętej. Wiązało się to ze wczesnym wstawaniem, co dla małego dziecka było dużym wysiłkiem. Dominik przychodził nieraz na Mszę św. przed otwarciem kościoła. Klękał wtedy do modlitwy przed zamkniętymi drzwiami, nie zważając na deszcz i śnieg. Gdy skończył zaledwie siódmy rok życia, dnia 8 kwietnia 1849 roku, w uroczystość Wielkanocy, przyjął pierwszą Komunię świętą. W tamtym czasie dopuszczano do I Komunii św. dzieci w starszym wieku. Proboszcz jednak, widząc dojrzałość duchową Dominika uczynił wyjątek. O tej dojrzałości świadczą postanowienia chłopca, który w dniu I Komunii św. wpisał do swojej książeczki do nabożeństwa: „1. Będę się często spowiadał, a do Komunii św. przystępował ilekroć pozwoli mi na to spowiednik. 2. Moimi przyjaciółmi będą Jezus i Maryja. 3. Śmierć - tak, ale nie grzech".
 

W szóstym roku życia Dominik zaczął uczęszczać do szkoły. Aby do niej dotrzeć musiał pokonać 8 kilometrów drogi. Na pytanie, czy nie boi się sam chodzić tak daleko, odpowiadał: „Nie jestem sam. Jest ze mną Najświętsza Maryja Panna i Anioł Stróż”’. W szkole Dominik wyróżniał się niezwykłą inteligencją i pilnością. Nie wchodził w konflikty z kolegami, a każdego potrafił ująć rozbrajającym uśmiechem i miłością. Wymowne w tym względzie jest następujące wydarzenie. Któryś z uczniów dla zabawy wrzucił do pieca śnieg. Ogień w piecu przygasł a sala wypełniła się dymem. Nauczyciel zapytał, kto to uczynił. Jeden z uczniów bezczelnie wskazał na Dominika. Święty został ukarany. Jednak później nauczyciel dowiedział się całej prawdy od chłopców. Dominik był niewinny. Na czynione z tego powodu wymówki nauczyciela, Dominik odpowiedział: „Przecież Pan Jezus również był niesprawiedliwie oskarżany”.


Ojciec Dominika chciał, aby jego syn kontynuował naukę w „oratorium” św. Jana Bosko. Pewnego dnia nadarzyła się okazja spotkania ze Świętym, który przyjechał z chłopcami na wycieczkę do Murialdo. Jan Bosko, aby sprawdzić zdolności Dominika dał mu do przeczytania dość spory tekst, który Dominik miał później zrelacjonować. Po krótkim czasie Dominik wrócił i ku zdumionemu kapłana wyrecytował cały tekst na pamięć. W zakładzie księdza Bosko, Dominik z wielką uwagą i pilnością wykonywał zlecone zadania. Był bardzo uczynny i przyjacielski dla kolegów. 8 grudnia 1854 roku papież Pius IX ogłosił w Rzymie dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Św. Jan Bosko bardzo dokładnie przygotował swoich wychowanków na tę uroczystość. Dominik po spowiedzi i Komunii św. napisał akt ofiarowania się Matce Bożej i złożył go na ołtarzu: „Maryjo, ofiaruję Ci swoje serce. Spraw, aby zawsze było Twoje. Jezu i Maryjo, bądźcie zawsze moimi przyjaciółmi. Błagam was, abym raczej umarł, niż bym miał przez nieszczęście popełnić jeden grzech”. Dominik założył także, za pozwoleniem Jana Bosko Towarzystwo Niepokalanej. Należeli do niego najlepsi wychowankowie, którzy pomagali kolegom, słabszym intelektualnie i moralnie.
 

W jedną z niedziel, po kazaniu na temat świętości, Dominik chodził zamyślony. Na pytanie księdza czy nic mu nie dolega, odpowiedział: „Czuję pragnienie i potrzebę stania się świętym. Nigdy nie myślałem, że to mogłoby być rzeczą łatwą. Muszę bezwzględnie stać się świętym. Nie wiem tylko, jak mam to zrobić?" Odpowiedzi na zadane pytanie szukał w lekturze żywotów świętych. Rozczytywał się w nich i starał się naśladować świętych. Pewnego ranka zabrakło Dominika wśród kolegów wracających z mszy św. Ksiądz Bosko udał się do kościoła i za głównym ołtarzem ujrzał skupionego Dominika z oczami utkwionymi w tabernakulum. Święty był tak zatopiony na modlitwie, że nie zareagował nawet na głos nauczyciela. Potrafił nieraz kilka godzin trwać w modlitewnej ekstazie. Bóg obdarzył go także innymi darami nadprzyrodzonymi. Pewnego dnia Dominik zapukał do pokoju Jana Bosko, prosząc, aby ten poszedł za nim do umierającego, który chciał się pojednać z Bogiem. W tym wydarzeniu było dziwne to, że Dominik nigdy w tym rejonie nie bywał. Skąd wiedział, że tam umiera człowiek. Na znajdując racjonalnego wytłumaczenia, trzeba uznać działanie łaski bożej, która oświeciła chłopca. Innym razem Dominik usłyszał klnącego woźnicę. Podszedł do niego i zapytał: „Czy nie mógłby mi pan wskazać drogi do oratorium księdza Bosko?” Gdy ten wskazał mu drogę, wtedy Dominik poprosił: „Zrobi mi pan wielką przyjemność, gdy nie będzie pan przeklinał, bo to bardzo obraża Pana Boga”. Zaskoczony i zawstydzony woźnica obiecał chłopcu, że będzie uważał na swój język.


Jesienią 1856 roku, Dominik dostał wysokiej gorączki, a jego ciałem wstrząsał ostry kaszel. Po badaniach lekarskich stwierdzono zaawansowaną chorobę płuc. Musiał opuścił „oratorium" Jana Bosko i wrócić do domu. Liczono, że zmiana klimatu i atmosfera rodzinna powstrzymają chorobę. Kiedy Dominik żegnał św. Jana i kolegów ze łzami w oczach powiedział : „Ja, już tu nie wrócę". Po kilkumiesięcznych cierpieniach przyszła agonia. Dominik poprosił o Komunię świętą i Namaszczenie chorych. Pod wieczór zasnął, a kiedy się obudził, powiedział do ojca: „Tatusiu, czytaj mi modlitwy z książeczki napisanej przez księdza Bosko, ‘Ćwiczenia dobrej śmierci’. Łamiącym głosem ojciec czytał umierającemu dziecku. W pewnym momencie Dominik powiedział: „Do widzenia ojcze, do widzenia! O, jakie piękne rzeczy ja widzę!" Było to 9 marca 1857 r. Dominik liczył wtedy zaledwie 15 lat.
 

Papież Pius XI w roku 1933 wydał dekret o heroiczności jego cnót. Nazwał go wtedy „małym świętym", który był „gigantem ducha". W roku 1950 Dominik Savio został beatyfikowany, a cztery lata później kanonizowany przez Piusa XII (z książki Wypłynęli na głębię, Rok B).

 

********************************************************************************************************************* 

Nie ma pustych miejsc przy stole

****************************************************************************************************

  Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoim stadem. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu; dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan.  (Łk 2, 4-22)

*********************************************************************************************************************
Można zaryzykować stwierdzenie, że jednym z najważniejszych mebli w domu i najbardziej pożytecznym dla rodziny jest stół. Odgrywa on ważną rolę w umacnianiu więzi rodzinnej i pogłębianiu wzajemnego zrozumienia i miłości. Niestety, w dzisiejszych czasach jego rola jest zagrożona. Nieraz najpiękniej przygotowany do posiłku nie wytrzymuje konkurencji z telewizorem lub komputerem. Nastoletni syn chwyta ze stołu coś do zjedzenia i pośpiesznie udaje się do swego pokoju, bo w telewizji jest jego ulubiony program. Tata nie pozostaje w tyle, podobnie jak syn wrzuca coś na talerz, rozsiada się wygodnie na fotelu i z wypiekami na twarzy ogląda mecz piłkarski. A żona krząta się przy stole i nie ma do kogo ust otworzyć. W dzisiejszym zabieganym świecie, wspólny posiłek, to nieraz jedyna okazja do spotkania całej rodziny, porozmawiania, podzielenia się swoimi smutkami i radościami. Badania socjologiczne wykazują, że wspólne przygotowywanie posiłku, wspólne zasiadanie do stołu ma przemożny wpływ na trwałość rodziny oraz poczucie szczęścia i radości jej członków. Pięknie nakryty stół, zapalona świeca, dziękczynienie Bogu za te dary, które spożywamy z Jego dobroci mają także wpływ na kształtowanie postaw religijnych. A zatem, możemy powiedzieć, że stół odgrywa ważną rolę także w duchowym wymiarze człowieka.


Zgodnie z polską tradycją, w okresie Bożego Narodzenia częściej i w większym gronie niż zwykle zasiadamy do świątecznego stołu. Jest to okazja do odświętnych spotkań nieraz po wielu latach. Rozmawiamy ze sobą, poznajemy się lepiej, cieszymy się wzajemną obecnością, dziękujemy Bogu za łaskę ponownego spotkania w takim gronie. Jednak jedynym i niepowtarzalnym przeżyciem jest spotkanie przy stole wigilijnym. To spotkanie ma niemal sakralny charakter. Odświętnie ubrani, napełnieni życzliwością i miłością zasiadamy do stołu przykrytego białym obrusem. Jest przy nim puste miejsce przygotowane dla tych, którzy nie mogli przybyć, bo odjechali bardzo daleko, dla tych którzy w ten wieczór są bardzo samotni i dla tych, dla których dobiegł końca ziemski adwent i Chrystus powołał ich do siebie. Ale tak naprawdę te miejsca nie są puste. W wigilijny wieczór tak, jak wielu z was myślą przenoszę się w rodzinne strony i wiem, że jest tam zostawione puste miejsce przy stole wigilijnym z myślą o mnie, jak i też o moich rodzicach, którzy odeszli do wieczności. Tak tworzy się przy tym stole wspólnota, gdzie sprawy ludzkie mieszają się ze sprawami bożym, gdzie wspólnie zasiadają żyjący na ziemi z żyjącymi w niebie. A dzieje się to wszystko dzięki Dziecięciu, którego narodzenie zwiastowało gorejące niebo nad Betlejem i anielskie śpiewy aniołów.
 

Zapewne nie jeden z nas przygotowując puste miejsce przy stole wigilijnym pomyśli o naszym wielkim rodaku Słudze Bożym Janie Pawle II, który wpisując się w historię Kościoła i świata ma stałe miejsce w naszych sercach. On to na opłatku z Polakami 20 grudnia 1997 roku powiedział: „W naszych obchodach Świąt Bożego Narodzenia szczególne miejsce zajmuje stół, wokół którego gromadzi się rodzina, aby modlić się, łamać opłatkiem, składać sobie życzenia i spożywać wieczerzę wigilijną. Pięknym zwyczajem pozostawia się przy stole jedno miejsce wolne dla kogoś, kto może przyjść z drogi, dla nieznajomego. Te proste gesty znaczą bardzo wiele. Symbolizują one dobroć ludzkiego serca, które w drugim człowieku dostrzega — zwłaszcza w człowieku potrzebującym — obecność Chrystusa i wzywa, by wprowadzić brata i siostrę w klimat rodzinnego ciepła, zgodnie ze staropolskim porzekadłem: ‘Gość w dom — Bóg w dom’. Stół wigilijny niejako tworzy i buduje ludzką wspólnotę. To znaczenie stołu jeszcze bardziej staje się czytelne, gdy spoczywa na nim chleb, z którego każdy może wziąć i dzielić się z innymi. Miłość, przebaczenie, pokój z Bogiem i ludźmi znajdują w tym wigilijnym geście wspaniały wyraz. Myślę w tej chwili nie tylko o naszym stole w domu rodzinnym, ale mam także na uwadze wielki stół naszego wspólnego domu — Matki Ojczyzny”.


Tak wiele możemy się nauczyć od Sługi Bożego Jana Pawła II w przeżywaniu tego świętego wieczoru, tej świętej nocy. Kardynał Stanisław Dziwisz wspomina: „Pierwsza (wigilia) w 1978 roku, gdzie jeszcze była wielka tęsknota za ojczyzną, bo to przecież była wigilia w dwa miesiące po wyborze papieża. Nie było śniegu, nie było pasterki pod gołym niebem w Nowej Hucie czy Mistrzejowicach. Ale staraliśmy się mieć drzewko, sianko na stole, miejsce dla kogoś, kto nie miał własnego domu (…) Od czasu stanu wojennego w Polsce, gdy mrok zapadał, Ojciec Święty zawsze podchodził do okna i zapalał świecę. Ta świeca była symbolem życzeń pokoju na świecie i pokoju w naszej ojczyźnie, pokoju w naszych rodzinach. Ta świeca paliła się całą noc i ci, którzy szli na pasterkę wiedzieli, że to jest świeca pokoju". Przed świętami Bożego Narodzenia, po odejściu Jana Pawła II do domu Ojca Kardynał Dziwisz powiedział: „Zostawimy puste krzesło i to w tym miejscu, w którym Ojciec Święty zawsze siadał przy wieczerzy wigilijnej. W ten sposób będziemy się łączyć z Nim w świętych obcowaniu. Dzięki temu Jan Paweł II będzie miał swoje miejsce między nami, tu na Franciszkańskiej 3, ale także w całej Polsce”.
 

W natłoku świątecznych przeżyć i wzruszającego piękna odczuwamy spełnienie się proroctwa proroka Izajasza: „O jak są pełne wdzięku na górach nogi zwiastuna radosnej nowiny, który ogłasza pokój, zwiastuje szczęście, który obwieszcza zbawienie. Pan obnażył już swe ramię święte na oczach wszystkich narodów; i wszystkie krańce ziemi zobaczą zbawienie naszego Boga”. Dopełniło się nasze adwentowe wołanie, które wyrażaliśmy słowami pieśni: „Spuście nam na ziemskie niwy Zbawcę z niebios, obłoki, Świat przez grzechy nieszczęśliwy. Wołał w nocy głębokiej; Gdy wśród przekleństwa od Boga. Czart panował, śmierć i trwoga, a ciężkie przewinienia zamkły bramy zbawienia. Oto się już głos rozchodzi: wstańcie, bracia, uśpieni! zbawienie nasze nadchodzi, noc się w jasny dzień mieni”. Temu radosnemu nastrojowi wtórują słowa z listu do Hebrajczyków: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat”. Na różne sposoby Bóg przemawia do każdego z nas, odnajdujemy Go na różnych drogach, ale najpełniej Bóg przychodzi do nas w swoim Synu Jezusie Chrystusie. Aby Go jednak rozpoznać musimy z pokorą pochylić się jak betlejemscy pasterze nad Dzieciątkiem w betlejemskiej stajence i w tym Dziecięciu dostrzec swego Pana i Boga. Wiele razy z pielgrzymami nawiedzałem Bazylikę Narodzenia w Betlejem. Pielgrzymi są zaskoczeni wejściem do świątyni, którego wysokość nie przekracza jednego metra. Trzeba się głęboko pochylić, aby wejść do środka. Nad tym niewielkim wejściem widzimy zarys wielkiej bramy wejściowej, która została kiedyś zamurowana bo wrogowie chrześcijaństwa, a czasami chrześcijańscy panowie konno wjeżdżali do świątyni. Była to profanacja świętego miejsca i z takiej wysokości trudno dostrzec w Jezusie obiecanego Zbawiciela. Zamurowane wejście stało się wymownym symbolem. Aby odnaleźć w Chrystusie swego Zbawcę trzeba zejść z wysokości ludzkiej pychy, dumy i z pokorą pochylić się nad żłóbkiem Dzieciny z Betlejem.


Gdy dostrzeżemy w małym Dziecięciu Zbawcę i przyjmiemy Go wtedy On odmieni nie tylko nasze życie, ale także wspólnoty, w której żyjemy. Mówi o tym poniższa historia. W niewielkiej oazie zagubionej pośród pustynnych bezdroży nie działo się za dobrze. Ludzie byli dla siebie nieżyczliwi, zazdrośni, nieuczynni, kopali pod sobą dołki. Aż w końcu jeden ze światlejszych mieszkańców wybrał się do pustelnika, po radę jak zmienić tę sytuację. Ten go wysłuchał i powiedział: „To dziwne, że w waszej wspólnocie tak się dzieje, przecież żyje wśród was Mesjasz. Jest tylko nierozpoznany, bo zewnętrznie wygląda jak każdy z was”. Mężczyzna zaskoczony tą odpowiedzią, wrócił pośpiesznie do wioski i opowiedział wszystkim, co oznajmił pustelnik. We wspólnocie wioskowej zapanowała wielka konsternacja. Każdy zachodził w głowę, który z nich jest Chrystusem. Świadomość obecności Chrystusa zmieniła życie wioski nie do poznania. Mieszkańcy zaczęli okazywać sobie więcej szacunku i miłości, więcej czasu poświęcali na wspólną modlitwę. Stali się bardziej gorliwi i szczerzy.
 

Chrystus naprawdę zamieszkał wśród nas: „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy”. Gdy uwierzymy tym słowom wtedy chwała boża stanie się naszym udziałem (z ksiązki Poszukiwanie mądrości życia, Rok B- wydanie w roku 2010).




 

 
Odsłon : 261453