U źródeł wody życia

Listy z Nowego Jorku PDF Drukuj Email

 

Listy z Nowego Jorku nie są listami w ścisłym tego słowa znaczeniu, chociaż pisząc je, chciałem, aby spełniały taką rolę. Opuszczając Ojczyznę, zostawiłem w niej moich rodziców, rodzinę, wielu przyjaciół i znajomych. Łączy mnie z nimi serdeczne więzy miłości i przyjaźni. Były one dla mnie bardzo cenne i chciałem je zachować. I to był jeden z głównych motywów pisania i publikowania w prasie polskiej. W tych publikacjach odpowiadałem na pytania przyjaciół: Jak tam jest w Ameryce? Ale przede wszystkim chciałem przez nie zachować i umocnić więź z moimi bliskimi. W swoich artykułach wracam często do polskich tradycji, zwyczajów, a to z kolei z myślą o tych, którzy tak jak ja opuścili ojczyste strony, ale sercem i duszą na zawsze w nich pozostali. Takie wspomnienia są jak balsam dla stęsknio¬nej duszy. Str. 120. www.wds.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

Wigilia za oceanem

 W wigilijny wieczór ubiegłego roku, gdy zabłysły pierwsze gwiazdy na grudniowym niebie, do drzwi plebani zastukał młody człowiek. Przyszedł po opłatek wigilijny. Podając wigilijny chleb, zagadnąłem: Zapewne rodzina czeka przy stole... Wtedy ten młody człowiek zdążył tylko powiedzieć, że jego żona i dzieci są daleko w Polsce, a on jest tu sam, w Nowym Jorku. Więcej nie mógł wykrztusić ani słowa, ujrzałem łzy w jego oczach i usłyszałem szloch ściskający gardło. Wstydził się swoich łez, bo szybko się odwrócił i wyszedł, a ja do dziś widzę jego przygarbioną sylwetkę, jakby skurczoną z bólu, ginącą w mrokach wigilijnego wieczoru.

 

Zapewne ten młody człowiek wrócił do grona swoich kolegów, którzy podobnie jak on z dala od rodziny i domu rodzinnego świętują wigilię na obcej ziemi, przy stole, który jest tak niepodobny do tego, który pozostawili daleko w kraju nad Wisłą. Nie jest on przykryty białym lnianym obrusem, ale plastikowym, który nie zapachnie ani lnem, ani świeżym prasowaniem. Kolęda, która w Polsce napawa prawie anielską radością, tu niesie nutę melancholii i ściska bólem stęsknione serce. Ręce wyciągają się z życzeniami i chwytają jakby pustkę, bo zabrakło tych, których chciałoby się uściskać.

 

Taka jest wigilia wielu, wśród których pełnię posługę duszpasterską. Są także tacy, którzy potrafią odnaleźć się w tym dniu, bo mają przy sobie rodzinę i tylko brak im przepięknej polskiej tradycji Bożonarodzeniowej, która autentycznie brzmi tylko na ziemi między Odrą a Bugiem. Są także tacy, którzy kultywują tradycje znad Wisły i czują jej autentyczność nawet tu.

 

Chcę mówić jednak o tych, którzy po raz kolejny będą bardzo samotni w ten najpiękniejszy wieczór, wieczór wigilijny.
Ten wieczór mówi o wielkiej radości: Bóg się nam narodził, wszystko śpiewa, nawet aniołowie w niebie. Ta radość wypełnia serce każdego i tak bardzo chcielibyśmy dzielić tę radość z innymi, z tymi najbliższymi, a ich w tym momencie zabrakło i stąd rodzi się nostalgiczna samotność tego wieczoru.

 

Myśląc o tych wigiliach na obcej ziemi, zadaję sobie pytanie. Czy warto? Na ile zmusza nas sytuacja do tych wyjazdów, na ile jest to chęć posiadania, na którą nie zapanowaliśmy? Na ile jest to ucieczka przed problemami, których tu nie ubywa, a wręcz przeciwnie. Na ile jest to uleganie mitowi ziemi obiecanej, ziemi, na której niejednemu przyjdzie gorzko zapłakać i przekonać się, ze takiej ziemi nie ma.
Na te pytania nie jestem w stanie odpowiedzieć, tak jak wielu tych, którzy właśnie stanęli przed takim wyborem. Wiem tylko, że tych lat rozłąki nie wrócą żadne pieniądze. Nie da się kupić uroku wigilii spędzonej z żoną, dziećmi i najbliższymi, a która po raz kolejny nas ominęła. Nikt nie da takiej szansy, byśmy mogli-cofając się- zobaczyć, jak własne dziecko stawia pierwsze kroki i zaczyna mówić „mama”, „tata”, ale nie rozumie, co to znaczy, bo taty lub mamy nie ma przy nim.

 

Z takimi także problemami przychodzą ludzie do księdza. Czy jest możliwe, by rozwiązać te problemy bez Światła, które przychodzi z wysoka? Sytuacja kapłana jest może trochę inna; jego miejsce jest tam, gdzie ludzie czekają na słowo Boże. Tam jest jego dom, tam jest jego rodzina, a mimo to nie są mi obce przeżycia emigranta, który opuścił rodzinny dom. Stąd też słowa tej wigilijnej refleksji i ten „wiersz”, który zostanie wydrukowany, to nie ze względów literackich, ale jako świadectwo przeżyć jednego z tych, którego myśli pełne najserdeczniejszych wspomnień polecą do kraju nad Wisłą, do domu, gdzie przy stole wyciąga się ręka z białym opłatkiem, a kolęda „Lulajże Jezuniu” czyni to miejsce najpiękniejszym na świecie.

 

Wigilia

Nie zapachnie
żywiczną wonią
choinka
z rodzinnego lasu.
Siana na stole
zabraknie
i biały obrus
nie będzie tak uroczysty,
a ręka z opłatkiem
zatrzyma się w pół drogi,
bo zbyt daleko
ta druga.
I tylko serca
spotkają się
w bólu rozstania,
i wtedy
przy niewidzialnym
zasiądziemy stole,
gdzie zapachnie
choinką z rodzinnego lasu,
pod białym obrusem
siana nie zabraknie.
I niepotrzebne będzie
wyciągnięcie dłoni,
bo serca
będą wpatrzone w siebie,
a nad nami
ta sama gwiazda
na gorejącym niebie.
                1993 r.

 

 
Odsłon : 231947