|
|
Pragniemy i szukamy doskonalszego świata, gdzie miłość i dobro, sprawiedliwość i piękno, dostatek i pokój, nadzieja i radość byłyby udziałem naszego życia. Ta rzeczywistość jawi sie, przed nami w symbolu biblijnej Ziemi Obiecanej. Zmieniamy miejsca zamieszkania, odbywamy dalekie podróże w poszukiwaniu naszej Ziemi Obiecanej. Wielu spośród tych, wśród których obecnie pracuję, odbyto taką podróż do Stanów Zjednoczonych. Czy odnaleźli oni swoją ziemię? Z pewnością spełniły się tutaj niektóre marzenia. Pozostało jednak pragnienie Ziemi Obiecanej, którego w pełni nie może zaspokoić rzeczywistość materialna. Szukamy zatem naszej wymarzonej ziemi obiecanej w Bogu, w którym jest spełnienie najgłębszych ludzkich tęsknot. Trzy tomy tych rozważań są niejako snopem ewangelicznego światła skierowanym na zwykłą codzienność, aby w niej coraz pełniej odkrywać drogę do bożej Ziemi Obiecanej. Książka liczy str. 330. Wyd. Kuria Metropolitarna w Częstochowie Tygodnik Katolicki „Niedziela” www.ksiegarnia.niedziela.pl |
Uroczystość Bożego Narodzenia - Rok C
JASNOŚĆ SERCA
Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili między sobą: „Pójdźmy do Betlejem i zobaczymy, co się tam zdarzyło i o czym Pan oznajmił”. Udali się też pośpiesznie i znaleźli Maryję, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, zdumieli się tym, co im pasterze opowiedzieli. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to zostało przedtem powiedziane. Łk 2, 15-20
Wigilijne wspomnienia powracają do mnie zimowym gościńcem, ujeżdżonym w głębokim śniegu. Na niebie gwiazdy i księżyc, w oddali horyzont lasu pod grubą czapą śniegu. A na około jakaś dziwna cisza, tajemnicza i święta. Zamilkły odgłosy krzątaniny w wiejskiej zagrodzie. Nie wypada mącić ciszy tego wieczoru jakąkolwiek pracą. I tylko w domach ożywienie i nadzwyczajna jasność. Ale jest to inna jasność niż ta, którą przynoszą zapalone żarówki i świece. Jest to także inna jasność niż ta, która odbija się w śnieżnobiałym obrusie wigilijnym. Jest to jasność, która wypełnia serce, przywołuje uśmiech na twarzy i każe wyciągać rękę z białym opłatkiem do każdego, aby się dzielić, przychodzącą tego wieczoru Miłością. To światło zabłysło nocą na betlejemskim niebie. I rozlało się po świecie szeroką łuną, dosięgając każdego domu, w którym przy uroczystym wigilijnym stole miłość splata ręce i śpiewa najpiękniejsze kolędy o zstąpieniu Boga na ziemię.
W czasie II wojny światowej wielu polskich żołnierzy z armii Andersa stacjonowało w dniach Bożego Narodzenia na Bliskim Wschodzie. Niektórzy z nich mieli łaskę nawiedzenia groty Narodzenia Pańskiego w Betlejem w dzień Bożego Narodzenia. Wchodzący do groty żołnierze otrzymywali zapalone świece. Świeca była potrzebna do rozświetlenia mroku panującego w grocie i stawała się także symbolem Jasności zstępującej z nieba, symbolem Dzieciątka Jezus narodzonego w betlejemskiej stajni. Jeden z żołnierzy wszedłszy do groty zgasił swoją świecę. Przewodnik pyta dlaczego to zrobił, przecież światło świecy będzie mu potrzebne jeszcze przy wyjściu. A żołnierz odpowiada: „Chcę zachować tę świecę, która zapłonęła w grocie. Zabiorę ją ze sobą i po zakończeniu wojny, gdy zasiądę z rodziną przy stole wigilijnym, wtedy zapalę tę świecę. Chcę by to światło, które zapłonęło w Betlejem płonęło zawsze w moim domu. Bo to światło przynosi najprawdziwszą miłość, pokój, radość i zbawienie”.
Na wiele wieków przed narodzeniem Jezusa, Izajasz w uniesieniu prorockim widział światłość przychodzącą w Chrystusie, i pisał: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką, nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. Albowiem Dziecię się nam narodziło, Syn został nam dany, na jego barkach spoczęła władza”. Przyszedł oczekiwany Mesjasz. Stał się światłem na ludzkich drogach, które często są kręte i prowadzą na manowce. Wyzwoli On człowieka z niewoli. Nie jeden myślał, że chodziło o niewolę polityczną. A przecież to niewola zła i grzechu najbardziej pęta człowieka i pogrąża go w ciemności. Czyż największa ciemność nie dopada człowieka wtedy, gdy jego serce wypełnione jest nienawiścią, żądzą zabijania itd.? Prorocy, a później sam Chrystus uświadamiał słuchaczom tę prawdę. Mesjasz przyszedł, aby na krzyżu pokonać grzech i śmierć. I dzięki temu, w Nim człowiek może dokonać tego samego. Czyż śmierć nie niesie ze sobą największej ciemności? Sadzę, że tak. A zatem światło, które rozświetla mrok śmierci, czy nie jest największym światłem?. Dlatego radujmy się z przyjścia Mesjasza , Światłości Świata.
A jednak, jak mówi fragment zacytowanej na wstępie Ewangelii to światło nie przez wszystkich było przyjęte. „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli”. Ta historia powtarza się również i dzisiaj. Dlaczego? W odpowiedzi sięgnę do wspomnień z lat mojego dzieciństwa. Elektryfikacja była dla mojej rodzinnej wsi Oseredek wydarzeniem epokowym. Patrzyłem na to wydarzenie oczyma sześcioletniego dziecka. Niektórzy z mieszkańców nie chcieli elektryczności, mówiąc: „ A po co mi to, pójdę do sklepu do Pogudza, kupię sobie bańkę nafty i wystarczy mi do lampy na kilka miesięcy. A za podłączenie prądu nie będę tyle płacił”. Mimo oporu nielicznych, elektryfikacja wsi szła pełną parą.
Po ukończeniu robót, czekaliśmy na włączenie prądu. Ja zaś ze swoim kolegą Zenkiem skorzystałem ze szczególnej okazji zdobycia nowych „zabawek”. A mianowicie, elektrycy zostawili przy słupie elektrycznym, koło mego domu drabinę. Przy jej pomocy wspięliśmy się na słup i usiłowaliśmy poodkręcać, co piękniejsze „zabawki”. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba udało się nam coś odkręcić, bo gdy włączono na wsi prąd, to we wszystkich domach było jasność tylko w moim panował mrok, tak mrok, bo światło lampy naftowej przy świetle elektrycznym wyglądało jak mrok. Byłem niepocieszony. Dopiero po kilku dniach i w naszym domu zabłysła wielka jasność. To wyglądało jak cud; dotykasz kontaktu i staje się jasność, dotykasz znowu i staje się ciemność, to tak jakbyś słońce wyciągał rankiem na wschodzie i wieczorem chował go na zachodzie.
Jaka nauka płynie z tej opowieści. Chrystus przychodzi do nas jako światłość. Przynosi człowiekowi światło zbawienia, ale człowiek nie chce nieraz tego światła, bo nie wie jak wielkie jest to światło i nic nie robi, aby się przekonać o jego wielkości. Albo zbyt przywiązał się do swoich „lamp naftowych”, do swoich „bożków” nie tylko tych dawnych pogańskich, ale tych bardziej współczesnych, jak pieniądz, sława, przyjemność itd. Nieraz też sądzi, że Bóg za dużo wymaga, że zbyt wysoką cenę trzeba płać za to boże światło, i tym sposobem omija człowieka największa światłość, która rozświetla mroki śmierci.
Są także tacy, którzy na swój sposób chcą się urządzić. Nieraz z narażeniem życia szukają „zabawek”, które choć na chwilę uczynią ich szczęśliwymi. Szukając tych zabawek, ignorują prawa ludzkie i boże. Może chwilowo są szczęśliwi, bo coś tam udało się im „odkręcić”. Ale w ostatecznym bilansie omija ich prawdziwe Światło, które niesie zbawienie i trwałe szczęście. Omija ich także prawdziwa radość Bożego Narodzenia. Mimo, że w domu stoi pięknie wystrojona choinka a pod nią prezenty, i czeka na nich suto zastawiony stół wigilijny. Omija, ponieważ zabrakło otwarcia serca na Jasność spływającą z nieba.
Zaś tym, którzy sercem i duszą przyjęli tę Światłość „dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi” i razem z aniołami wyśpiewywali radość z narodzenia Pana. |